Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wymądrzenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wymądrzenia. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 31 stycznia 2017

Jak przygotować się do sesji? Poradnik dla początkujących i średniozaawansowanych

Dziś pochylimy się nad rzeczami podstawowymi, które, choć pozornie oczywiste, niekiedy wcale oczywiste nie są, co dowiedzione zostało przez lata obserwacji, a także doświadczeń własnych. Parę słów porady od starego mursza dla osób początkujących lub chcących spróbować swoich sił przed obiektywem. Miałam dzielić te przygotowania na dwie części, ale sobie daruję, więc uwaga - będzie dużo literek!
Poradniczek można też sobie ściągnąć i przerobić na listę "to do" do odhaczania przed sesją.
Poradniczek zakłada również, że sesja ma charakter "tfp", mamy fotografa i ustalony temat sesji (choć w sumie, może punktem pierwszym powinno być: "Znaleźć fotografa i ustalić temat sesji"?).
Zapewne to, co napiszę, przyda się głównie paniom, choć panom też nie zaszkodzi poczytać, przefiltrować kawałki o depilacji i peelingach i przyswoić resztę :).
Dodajmy również, że z racji niszy, w której siedzę, porady sprawdzą się najpełniej przy sesjach artystycznych wszelakich, niekomercyjnych, robionych for fun, stylizowanych i "klimatyczno-bajkowych", choć pewne rzeczy są niezbędne, niezależnie od tego, czy robimy fashion, beauty, beauty w krzakach czy postapo.

TYDZIEŃ PRZED SESJĄ
1. Ustal z fotografem szczegóły i tematykę sesji, a także datę i warunki współpracy.
Fot. Vi and her art
Moje pierwsze starcie z klimatami postapo
W stylizacji biegałam po mieszkaniu
dwa dni, żeby ją "poczuć".
Poza tym była straszliwie wygodna ;).
Nie bój się pytać, jeśli czegoś nie wiesz, rozwiej wszelkie wątpliwości. Możesz poprosić fotografa o zdjęcia-inspiracje lub podesłać mu własne. Im więcej konkretów i pomysłów tym lepiej! Dowiedz się, czy fotograf sporządza umowę, gdzie będą publikowane zdjęcia, ile zwyczajowo ich oddaje i w jakim czasie od zakończenia sesji.
Ustalcie dokładny zamysł, omówcie, co kto przygotowuje. Dla mnie osobiście równie ważne są konkrety odnośnie czasu i miejsca zdjęć - najdalej trzy dni przed sesją potrzebuję mieć ustalone wszystko, wiedzieć, czego fotograf ode mnie oczekuje, co mam przygotować, jaki jest zamysł, gdzie się spotykamy i którego dnia, mniej więcej o której. Ostatnie dwa dni służą tylko potwierdzeniu terminu i omówieniu wpływu pogody na sesję. To już jednak jest kwestia bardziej indywidualna, niektórzy dobrze odnajdują się w spontanach. Ja jednak wolę mieć wszystko ogarnięte wcześniej.
2. Przygotuj stylizację.
Przemyśl ją, przymierz, dobierz odpowiednie dodatki, mogą być  kilku wariantach. Nie zostawiaj tego na ostatnią chwilę i nie poprzestawaj na ułożeniu stylizacji "w głowie" - bardzo często to, co pięknie wygląda w wyobraźni, na żywo... ekhm, już gorzej. Zarówno ze względu na to, że ciuszki mogą się układać na naszym ciele nie tak, jak byśmy chciały, jak i dlatego, że czasem zwyczajnie do siebie nie pasują, choć wydawałoby się, że będzie idealnie. Wersja dla hardkorów (czyli w zasadzie coś, co ja ostatnio robię całkiem regularnie): w przygotowanej stylizacji spędź ze dwa wieczory w domu. To jest ważne zwłaszcza wtedy, gdy przymierzasz się do sesji w obcych Ci klimatach, dajesz sobie czas na oswojenie się z "dziwacznością" tego stroju i potem w czasie sesji czujesz się swobodniej i bardziej naturalnie.
Nie miej oporów przed korzystaniem z usług stylistek, wypożyczalni (między innymi piszącej te słowa pokornej służki odzieży ;) ), teatrów. Zwłaszcza w przypadku sesji tematycznych, stylizowanych, warto skorzystać z pomocy kogoś bardziej doświadczonego, tym bardziej, że stawki jednoosobowych "wypożyczalni" zwykle są równe dwóm drinkom w knajpie.
Fot Daedra
Wymienne rekwizyty dla zajęcia rąk ułatwiają pozowanie,
a dodatki "robią" stylizację. Warto pamiętać o szczegółach!
Pomyśl nad rekwizytami pasującymi do tematu - przedmioty w rękach dają większe pole manewru i łatwiej jest pozować, wiadomo, co zrobić z rękami.
Pamiętaj o odpowiedniej bieliźnie, dopasowanej do stylizacji, jeśli na sesji jest stylistka - weź co najmniej dwa zestawy (biała lub czarna w zależności od kolorystyki ubrań i cielista - nie zliczę ile razy, jako stylistka, spotkałam się z tym, że nawet bardzo doświadczone fotomodelki przychodziły w czarnych stanikach, choć zdjęcia białych sukien udostępniałam tydzień przed sesją)
Nie bój się sięgać po inspiracje, przeglądaj np. pinterest w poszukiwaniu pomysłów na stroje, dodatki, pozy, kadry.
3. Poćwicz pozowanie.
Zapoznaj się z tutorialami odnośnie pozowania - oglądaj filmiki na youtube, czytaj artykuły i wpisy doświadczonych osób - nawet jeśli masz już kilka sesji za sobą, warto jest to robić, zwłaszcza jeśli testujesz różne style i klimaty - inaczej pozuje się w fotografii beauty, inaczej w fashion, a jeszcze inaczej w fotografii sensualnej czy w "sesjach gatunkowych" (termin uknuty na poczekaniu od "kina gatunkowego", czyli wszelkie horrory, fantasy, bajki, romanse i opowieści, czyli to, czym zajmuję się ja).
Fot Yumikasa
Mimika jest istotna w każdym rodzaju
fotografii.
Ćwicz pozy i mimikę przed lustrem. Zobacz jak Twoje ciało i twarz wygląda w różnych pozycjach, kiedy jest najkorzystniej pokazane. Próbuj wyrażać twarzą różne emocje - najgorsze, co może robić aspirująca fotomodelka, to mieć na każdym zdjęciu ten sam wyraz twarzy. A jeśli jest to "neutralny" wyraz, twarz jest martwa i masz minę jakbyś była ekstremalnie znudzona - wtedy nie ocali Cię nawet nieziemska uroda. Nie bój się popracować paszczą, dla eksperymentu przerysuj grymasy przed lustrem. Twarz jest pełna różnych dziwnych mięśni, nie lękaj się z nich korzystać!
Jeśli inspiracją do sesji jest np nurt w sztuce, film, obraz czy postać - zapoznaj się z tym. Nieraz widziałam sesje bardzo tematyczne, gdzie modelki nie miały pojęcia kim są i jaki klimat ma być kreowany - owszem, da się. Tylko po co?
4. Zadbaj o siebie.
2 dni przed zdjęciami, wieczorem, zrób peeling twarzy i ciała. Dokładnie oczyść twarz, jeśli cera na to pozwala i masz tendencję do pozatykanych porów, użyj peelingu gruboziarnistego. Możesz wykonać parówkę i nałożyć żelatynową maskę oczyszczającą pory. Użyj balsamów, rozpieść się troszkę, nawilż skórę.
Unikaj niezdrowego, słonego lub ostrego jedzenia. To, co wkładamy do brzucha, ma ogromny wpływ na stan naszej skóry, a przecież nikt nie chce iść na wymarzone zdjęcia z wągrami i pryszczami. Nie zarywaj nocek, unikaj sytuacji, które spowodują, że w dniu zdjęć będziesz leżeć obolała.
5. Czego NIE robić?
Przede wszystkim! Nie stresuj się! To ma być przyjemność i zabawa, nie powód do nerwów.
Po drugie: nie odchudzaj się. To nic nie da. W kilka dni możesz zgubić co najwyżej kilogram wody z organizmu i zafundować sobie potężną migrenę/rozwolnienie. Wszelkie trzydniowe diety oczyszczające typu "będę jeść jabłka i jogurty aż nie pęknę" tudzież głodówki na ostatnią chwilę mogą się skończyć tylko źle - w najgorszym razie zasłabnięciem w czasie zdjęć albo niemożnością opuszczenia porcelanowego tronu. A tego kilograma i tak w ogóle nie będzie widać.

W PRZEDEDNIU SESJI
Pogódź się z myślą, że wieczór przedsesyjny poświęcasz dbaniu o urodę. Prawdopodobnie cały. Czy to pierwsza sesja, setna czy tysięczna... Po prostu tak jest. Zawsze. I może się jedna z drugą obruszy, że takie oczywistości piszę, ale... wszystkie przykłady są z życia (na szczęście: zwykle nie mojego) wzięte. Po kolei więc:
1. Zadbaj o brwi, wydepiluj wąsik - po co dodawać fotografowi pracy. Wydepiluj nadmiar włosków, wyrównaj kształt brwi. Nie gól ich na zero i nie odrysowuj od szklanki. Nie depiluj brwi w dniu zdjęć - wosk pozostawia koszmarne czerwone podpuchnięte podrażnienia, które ciężko zamaskować najlepszym nawet podkładem.
2. Pozbądź się nadmiaru włosków z całego ciała. Nawet jeśli nie planujesz pokazywać nóg czy pach - ogól i tak. Na wszelki wypadek. Jeśli planowane są zdjęcia typu beauty czy postać księżniczki z bajki - nie zapomnij o włosach na przedramionach. Choć na co dzień nam nie przeszkadzają - na zdjęciach wyglądają źle.
3. Ogarnij dłonie i paznokcie - źle widziane są paznokcie w jaskrawych kolorach, z tipsami lub nierówne i zaniedbane. Pomaluj je tylko jeśli tak ustalisz z fotografem i tylko na ustalony kolor. Nie zliczę, ile razy widziałam "fotomodelki" które na sesje beauty czy baśniowe przychodziły z długimi pazurami w jaskrawych kolorach. I odmawiały ich zmycia.
4. Zadbaj o stopy. Nawet jeśli nie będą pokazane.
5. Nałóż na całe ciało balsam lub olejek - nawet jeśli planowana jest sesja portretowa, zadbanie o ciało zwiększa pewność siebie i poprawia nastrój. Poza tym nierzadko w czasie sesji zmienia się lekko koncepcja, okazuje się, że fajnie wyjdzie pokazać kawałek stopy, łydki czy ramienia
6. Nałóż na twarz maseczkę, oczyść pory i dobrze nawilż cerę, ale nie stosuj już żadnych inwazyjnych zabiegów, które mogą zostawić skórę czerwoną i podrażnioną.
7. Umyj włosy. Nie eksperymentuj z kosmetykami, nałóż sprawdzoną odżywkę czy maskę. Uczesz i, o ile nie ustalono inaczej z fotografem, nie stylizuj w żaden sposób
8. Spakuj na spokojnie wszystkie potrzebne rzeczy: stylizację, rekwizyty, dodatki, gadżety i wszystkie potrzebne przedmioty - koniecznie weź ze sobą szczotkę do włosów, agrafki, pomadkę ochronną, jeśli nie będzie wizażystki, to także puder. Nie zostawiaj pakowania na rano, zwłaszcza jeśli jesteś umówiona o jakiejś pogańskiej godzinie. Zwiększa to ryzyko i spóźnienia, i zapomnienia o czymś istotnym.
9. Zrelaksuj się. Jeśli tylko możesz, zrób sobie wieczór dla siebie, włącz ulubiony serial, poczytaj książkę. Wiadomo, nie zawsze się da, ale spokojny wypoczęty umysł bardzo pomaga.
10. Czego nie robić?
Po pierwsze: NIE PIJ ALKOHOLU. Serio. Nawet "tylko troszeczkę". Alkohol ma fatalny wpływ n naszą skórę, na skacowanej szarej i opuchniętej twarzy podkład potrafi się rolować jak makaron. Nawet niewielkie ilości procentów wpływają na stan skóry, a jak chyba większość z nas wie - wyjście "na jedno piwo" często kończy się siedmioma. A kac naprawdę przeszkadza w pozowaniu. Ciężko się skupić na pracy, kiedy łeb nam pęka, zapuchnięte ślepia mrużą się od światła, a żołądek tańczy szaleńczą macarenę.
Po drugie: NIE ZARYWAJ NOCY, wyśpij się - zmęczenie, senność i brak energii oko obiektywu widzi znacznie wyraźniej niż ludzkie, poza tym świeży umysł ma więcej pomysłów.

W DNIU SESJI
1. Zjedz śniadanie. Lekkie, żeby Cię nie wzdęło, ale zjedz lub weź ze sobą. Pozowanie na głodniaka to nic fajnego.
2. Jeśli na sesji obecna jest wizażystka - nie maluj się przed sesją, nawet "tak tylko trochę". Wizażystka i tak zmyje cały Twój wysiłek, a pocieranie wacikiem podrażni skórę. Jeśli wizażystki nie ma - umaluj się zgodnie z ustaleniami z fotografem lub zabierz ze sobą kosmetyki.
3. Najważniejsze! Sprawdź dokładnie dojazd na miejsce sesji, wyjdź z domu odpowiednio wcześniej - punktualność to rzadka cnota, ale bardzo cenna. Nie każ fotografowi na siebie czekać, zrób sobie trochę zapasu na "nieprzewidziane sytuacje", bądź punktualnie. Na wszelki wypadek weź od fotografa numer telefonu i jeśli np się zgubisz - bądź z nim w kontakcie.
4. Baw się dobrze! :)
Dodalibyście coś do tej listy? A może któryś punkt to totalny bullshit? :D
W części drugiej pochylę się nad tajnikami współpracy z fotografem już w trakcie i po sesji. W planach również wpis na temat pozowania w duetach i grupach, ale tu nadal gromadzę materiały ;).
Lady Elbereth na Instagramie
Lady Elbereth na Facebooku



środa, 18 maja 2016

O inspiracji słów kilka, czyli pani Elbe polemizuje z Salvadorem Dali

Dziś znów będzie lajtowy przerywnik wymądrzeniowy. Wiem, ostatnio same posty snujące się pseudofilozoficznie i zawierające niestrawne ilości moich osobistych opinii. Ale wszystkie planowe sesje są... no właśnie, nadal w planach, Hermenegilda wybyła na wycieczkę, a ja z wycieczki dopiero co wróciłam (o niej też się pojawi wpis, ale nieco później... raz, że nie mam jeszcze zdjęć, dwa, że był to bardzo niesamowity wyjazd i muszę sobie na razie sama pobyć z tymi wspomnieniami i nacieszyć się nimi bez "dzielenia się ze światem").
Cytat o inspiracji, który mnie zainspirował do pisania o
inspiracji, znaleziony u znajomego fanclubu
A będzie o... inspiracji. Nie będzie to poradniczek jak szukać inspiracji ani nic w ten deseń, nie wiem, czy w ogóle możliwe jest napisanie czegoś takiego. Ot, luźny, wieczorny strumień świadomości na temat inspiracjocepcji, której doświadczyłam scrollując leniwie facebooka kilka dni temu.
Zobaczyłam bowiem cytat przytoczony obok (być może zaiste są to słowa Dalego, albowiem zdarzało mu się niekiedy pierdzielić od rzeczy) i po chwilowym skoku ciśnienia nasunęło mi się w związku z nim kilka refleksji. Tak więc cytat o inspiracji zainspirował mnie do pisania o inspiracjach. Trochę mindfuck, ale w sam raz na mój dzisiejszy nastrój.
Cytat pojawił się na fanpejdżu fanclubu zespołu muzycznego jako, oczywiście, wyraz uwielbienia dla tegoż zespołu. I na tym poziomie faktycznie, niech sobie, od biedy, tak będzie, są prawdziwymi artystami, więc inspirują nas, maluczkich.
Tyle że pół sekundy później pojawia się u mnie "wait, what?!". Bo nie wyobrażam sobie artysty, który nie czerpie inspiracji z tego, co go otacza. Plus, artystów często inspirują ludzie i sytuacje totalnie zwykłe i codzienne... czyli idąc prosto za tokiem rozumowania mistrza Salvadora wyszłoby nam na to, że prawdziwym artystą jest pan Mietek spod monopola, który, załóżmy, dzieląc się ostatnim petem z kumplem Stachem zainspirował znanego poetę Zenobiego Głąba do napisania głębokiego wiersza o przyjaźni, podczas gdy poeta Zenobi, jako ten zainspirowany, prawdziwym artystą już nie jest. Wiem, trywializuję i doprowadzam do absurdu brutalną dosłownością, ale o to mniej więcej chodziło ;).
Ze mnie wprawdzie taki "true artist" jak z koziego ogona harmonijka ustna, ale też w zasadzie cała moja TFU!rczość jest inspirowana. Czymś. Często, owszem, muzyką, dziełami malarskimi, sesjami mistrzów (ostatnio - najczęściej muzyką, mój muzykoholizm wszedł na wyższy level, choć sądziłam, że już się nie da, i zaczynam widzieć ukochane utwory obrazami, które mam ochotę przenieść tak czy owak na ekrany komputerów), ale równie często - prostymi sytuacjami z własnego życia, tudzież sytuacjami widzianymi nawet na ulicy. Wydaje mi się, choć nie czuję się tu adekwatnym przykładem, że "robienie sztuki" to właśnie umiejętność dostrzegania czegoś więcej niż inni w rzeczach pozornie zwykłych, pozwalanie wyobraźni, by zahaczała się na ziarenku inspiracji i z tego tworzyła własne historie czy obrazy. Zresztą, kolejną cegiełkę do ironii niech dołoży fakt, że ów zespół, którego fanów zawiera ten fanclub, nie raz i nie dwa podkreślał znaczenie inspiracji i to, że połowa, jak nie więcej, tekstów powstaje z inspiracji zebranych po różnych krajach w czasie tras koncertowych. Inni "prawdziwi artyści" (dobra, tej definicji nie tykam nawet kijem od szczotki, tak mistrz Salvador napisał, więc i ja tak będę pisała, i basta), których spotkałam przy tych czy inszych okazjach również często opowiadając o tym, skąd im się wziął jakiś pomysł, mówili, co ich zainspirowało do opowiedzenia tej właśnie historii, pokazania tego właśnie obrazka czy napisania takiego właśnie kawałka.
W zasadzie to zawsze ich coś zainspirowało.
I w zasadzie nigdy nie był to Beethoven.
Żeby uniknąć inspiracji trzeba by nie wychodzić z domu, nie spotykać ludzi, nie przeżywać nic, ba, nawet komputera nie odpalać. Tudzież, w opcji drugiej, mieć umysł zamknięty na bodźce zewnętrzne i oczy niedostrzegające ani otoczenia, ani tego, co przeżywamy sami, w środku. Żadna z tych opcji nie brzmi jak przepis na wiekopomne dzieło, prawda? ;)

wtorek, 3 maja 2016

Czym różni się stylistka od wypożyczalni?

Jakoś tak ostatnio mam wenę do wymądrzania się - może to dobrze, a może lada dzień, lada wpis dostanę cegłówką przez łeb, żebym wreszcie się zamknęła.
Może tytuł powinien brzmieć raczej "10 powodów, dla których warto mieć stylistkę na sesji".
Ewelina na swoim blogu pisała ostatnio, że suknia sesji nie czyni. I ja się z nią zgadzam w stu, a nawet dwustu procentach Bo nie czyni. I tu chciałabym się trochę powymądrzać w temacie zalet obecności stylistki podczas zdjęć. Bo, oczywiście, można zrobić tak (i większość osób tak robi):
1. Wypożyczyć suknię.
2. Ubrać w nią modelkę.
3. Iść do parku.
4. Robić zdjęcia.
5. Oddać suknię.
W przypadku takiego scenariusza - dla mnie najistotniejszy jest punkt piąty ;). Oczywiście przy wypożyczaniu również staram się pomagać w wyborze i służyć wiedzą i doświadczeniem (o ile, oczywiście, nie spóźnisz się półtorej godziny. Wtedy albo mnie nie zastaniesz, albo zastaniesz bardzo złą i w piżamie). Podpowiadam, prezentuję, podpytuję o urodę modelki, jeśli jest ona nieobecna. Ale często, jak to z wypożyczalniami bywa, klient wybiera sobie suknię ze zdjęć, ja ją przygotowuję, pakuję i potem jedyne, co mnie obchodzi, to by wróciła do mnie w terminie i dobrym zdrowiu.
Fot Kamila Krawczyk, plener Radomskiego
Towarzystwa Fotograficznego.
Apolon przy robocie walczy  z bardzo
efektownym, ale i bardzo złośliwym
trenem.
Ale można też wciągnąć stylistkę w swoją bajkę :) (w moim wypadku, po kilku boleśnie zmarnowanych dniach pod tytułem "Ja jestem sławny/a, trzymaj mje blendę cały dzień, a dostaniesz tak wyczesane fotki, zresztą, ba, samo to, że cię podpiszę pod zdjęciami sprawi, że będziesz przebierać w zleceniach jak w ulęgałkach!" już tylko za portrety królów polskich - ale naprawdę niewiele tych portretów i idzie je uzbierać bez przymierania głodem :) ) Zaraź stylistkę koncepcją, pokaż jej swój pomysł,zabierz na sesję, a zyskasz pełnoprawnego członka ekipy, który, uwierz, wiele wniesie do zdjęć. Zwłaszcza baśniowych, stylizowanych, w których od kreacji i tego jak się ona prezentuje wiele zależy.
Zaczynając od rzeczy najbardziej oczywistych, czyli - ogarnie ciuszki, przywiezie je i ubierze w nie modelki. Halki, gorsety, treny - nierzadko upakowanie w tym modelki przypomina scenki rodzajowe z obrazów barokowych. Tu zasunąć, tam podpiąć, gorset zawiązać... Zdarzało się, że po sesji docierały do mnie zdjęcia w moich ciuchach - a tam kiecka wisi byle jak, halki modelka założyć nie chciała "bo nie", kawałek stanika wystaje gdzie nie powinien czy, o zgrozo, gorset założony jest do góry nogami. Nie zawsze, oczywiście, ale nie były to też odosobnione przypadki. Oprócz tego, że dostarczam stroje na plan i pilnuję, żeby modelka założyła odpowiednie elementy na odpowiednie części ciała, w czasie sesji cały czas dbam o to, by to dobrze wyglądało. Żeby sadełko nie wyłaziło, żeby stanika czy boczków nie było widać, a zwały materiału i falban spódnicy były równo ułożone i doskonale prezentowały się na zdjęciu. Plus - stroje baśniowe to jednorazowe, unikalne zazwyczaj egzemplarze, więc rzadko kiedy idealnie pasują na naszą modelkę - stylista z zestawem agrafek, klamerek i spinaczy wie, jak to złapać, by dobrze wyglądało i nie rozpadło się po trzech minutach. Nie wiem jak inni, ale ja w czasie zdjęć nie klepię w fejsbuka gdzieś w kącie, tylko cały czas uczestniczę w sesji, pilnuję, czy wszystko się trzyma i wygląda jak należy, układam kiecki, obieram je z paprochów i staram się mieć swoją działkę pod kontrolą. Gratis - jak trzeba, to i blendę przytrzymam ;).
Fot Kasia moja ulubiona . Tu akurat pozuję sama, ale
stylizacja również w całości leżała w moich rękach i zadbałam,
by gadżetów był dostatek i możliwe były różne z nimi
kombinacje (gogle, kapelusz, rękawiczki, książka etc etc)
Dalej - im lepiej znam koncepcję, tym większa jest moja inwencja. Mam swoje propozycje, czy to dodatków, czy rekwizytów, czasem ujęć. Inaczej też się przygotowuję do wypożyczania, inaczej, jeśli uczestniczę w sesji. Przy wypożyczaniu - dostajesz w torbie to, za co płacisz, czyli suknię, stylizację czy elementy garderoby. Jeśli stylizuję sesję osobiście - oprócz umówionych ciuszków mam ze sobą wór dodatków, biżuterii i rekwizytów, których nie wypożyczam, bo są zbyt cenne i unikatowe, by ryzykować ich zgubienie lub uszkodzenie (nad ręcznie robionymi dodatkami zdarza mi się siedzieć wiele dni, a są bardzo delikatne, plus miewałam już sytuacje, że unikatowe, specjalnie da mnie robione dodatki "ups, zginęły"). Mam kilka swoich propozycji, możemy się bawić z trzema różnymi parami rękawiczek, kapeluszami, pierścieniami, chustami, czterema wisiorami i zestawem rekwizytów. Nagle z jednej stylówki, dzięki zmiennym dodatkom, robi się kilka. Zwłaszcza, że stylistka na bieżąco w czasie sesji będzie rzucać propozycjami, jak i czego użyć, aby fajnie ze sobą grało i dobrze się prezentowało - bo już to testowała, bo wie, bo zna swoje zbiory, bo ma oko i doświadczenie.
Doradzi też początkującej modelce (niepoczątkującej też może, ale prawdopodobnie nie musi), jakie pozy może przyjąć, by pokazać zalety stroju i dobrze się w nim prezentować - szerokie bufiaste rękawy, kryzy czy spódnice do ziemi, choć piękne, często są zabójcze dla naszej sylwetki i trzeba szczególnie uważać przy pozowaniu, aby zamiast księżniczki nie wyszedł Bobek z Muminków (pozowanie w takich stylizacjach to temat na osobny wpis - kiedyś może napiszę, póki co nieco w tym temacie napisała Ewelina w podlinkowanym wyżej wpisie).
Wyszedł mi trochę post bałwo-auto-chwalczy, bo pisałam przez pryzmat swojej osoby i swoich doświadczeń, ale sądzę, że inne "klimatyczne" stylistki mają podobne do mnie podejście i doświadczenia.
Smutno jest mi trochę, że styliści na sesji są tak bardzo niedoceniani. Z jednej strony obecność stylistki uważana jest za zbędną, bo po co i w ogóle, z drugiej - jak już jest, to traktowanie jej jak służebną pannę ("Weź trzymaj tą blendę!", "Nie założę tej szmaty", "Modelko moja, zdejmij z siebie to gówno" to tylko nieliczne przykłady). Nie wiem na ile się to przekłada np na sesje street fashion, bo w tych klimatach nie siedzę, ale jeśli chodzi o wszelkie baśnie i fantastyki - rola stylisty sprowadza się do dostarczyciela kiecki i "Po co mi stylistka? Przecież sam(a) zrobię to równie dobrze!". Zrobić? Owszem, zrobisz. Równie dobrze? Zapewne nie...
Oczywiście, rozumiem, że żywot artysty ciężki jest w tym kraju, z pieniążkiem słabo, a jak już ten pieniążek jest, to milej go wydać na coś innego, niż na ciuchoogarniacza, zwłaszcza, gdy w sumie nie masz pojęcia, co ten ciuchoogarniacz w czasie zdjęć robi i dlaczego jest potrzebny. Ale może jednak czasem, gdy po głowie krąży Ci świetny koncept, warto zainwestować trochę więcej i mieć pewność, że gorset będzie górą do góry, nie trzeba będzie usuwać z każdego zdjęcia ramiączka od stanika, a każda falbanka będzie na swoim miejscu?

poniedziałek, 2 maja 2016

To już rok?

Fejsbuk mnie właśnie poinformował uczynnie, że blogasia założyłam... równo rok temu. Podobno w blogerskim świecie to okazja do świętowania, rozdawajek, przemyśleń i planów na przyszłość. I o ile moja pisanina ma tyleż zwolenników, co i przeciwników ("nie marudzę na twoje neologizmy i czytam twardo co skrobiesz na blogu" czy "tego się czytać nie da, mój grammar nazi radar wybucha", pozdro), tak "prowadzenia bloga" jako takiego nadal totalnie nie ogarniam. Najpierw wydawało mi się, że po prostu jak się pisze fajne rzeczy, to luzie zaczynają to czytać, a potem już prosta droga - sława, bogactwo etc. Później odkryłam, że w sumie nieważne, co się pisze, bo jest cała rzesza osób, które włażą nawzajem do siebie na blogasie i piszą "Zgadzam się w 100%, zapraszam do siebie!" i komciowo-wyświetleniowy interes się kręci. No, a jeszcze później odkryłam, że mi to wszystko... wisi :).
Piszę nieregularnie, kiedy mnie kapryśna Pani Wena odwiedzi, pełno wpisów mam pozaczynanych (większości pewnie nigdy nie skończę, bo się zdezaktualizowały), ciągle mówię sobie, że wypadałoby pisać więcej - i ciągle mi to nie wychodzi, więc nawet nie podejmuję "urodzinowych" postanowień ;). "Bazy czytelników" też nie buduję i nie liczę pracowicie wyświetleń, acz oczywiście miło jest mi bardzo, jeśli moje wypociny są czytane, w jakiś sposób trafiają do ludzi, jeśli zgadzają się ze mną lub się nie zgadzają (częściej zgadzają, nie wiem czemu).

Więc z okazji tego roczku uroczyście oświadczam, że... nic się nie zmieni!
Instaelbe
Faceelbe

Artystyczna wersja tortu urodzinowego.
Long story.
Produkt nie zawiera alkohulu.
(serio)

niedziela, 1 maja 2016

O aktach, inwencji i pozowaniu w ogólności słów kilka

Dziś będzie ciutek zrzędliwie, ciutek przemyśleniowo. Zacznę tym razem od wsadzenia kija w mrowisko refleksją w temacie fotograficznej i sesyjnej terminologii.
[refleksja] Pozuję w mrozie, śniegu, wodzie i błocie. Pozuję z pająkami, wężami, z nosorożcem też bym zapozowała. Pozuję w nocy, w lesie, w tłumie gapiących się ludzi, sypiącym się urbexie i na skraju przepaści. Ale nie jestem "odważna". Bo nie pozuję na golasa.
Równie dobrze czuję się w historycznych sukniach na krynolinie w szerokich przestrzeniach jak i w bliskich portretach beauty. Z równym spokojem odegram dumną królową elfów, szalonego nerda jak i zrozpaczoną kochankę. Wszystko mi jedno czy na potrzeby sesji muszę się wcisnąć w gorset i kieckę o wadze pięciu kilo, czy położyć na ufajdanej podłodze i tak leżeć. Dla dobrego ujęcia zrobię wszystko i wlezę wszędzie. Ale nie mam "szerokiego zakresu". Bo nie pozuję na golasa.
[/refleksja]
Przeciwniczką aktów nie jestem, co to, to nie, uważam po prostu, że zdjęcie (każde zdjęcie, nie tylko gołe) powinno mieć sens (a goła pani z rowerem, w pełnym szkła urbexie, zakładzie mechanicznym czy goła pani z rybą na głowie dla mnie tego sensu nie mają, niech będzie, że umysł mój prosty sztuki nie rozumie). Uważam też, acz oczywiście jest to li i tylko moje własne, subiektywne, skromne zdanie, że jeżeli ktoś potrzebuje tzytzków żeby zrobić dobre (tudzież "dobre") zdjęcie, to chyba ma trochę problem (nie mam tu oczywiście na myśli mistrzów, którzy z ciał tworzą obrazy, ale takich jest w sumie niewielu). Dobry akt zrobić jest, imo, cholernie trudno.
W tym momencie, prawdopodobnie wszyscy ewentualni czytelnicy mający na koncie ogłoszenia typu "tfp tylko przy pełnym zakresie" pomyśleli sobie, że mam tak zwany "buldópy", bo jestem brzydka i mnie nikt nie chce (focić).
I pewnie już sobie poszli :D.
Mogę więc swobodnie zmienić temat na, prawdopodobnie, mniej kontrowersyjny, czyli jak to z tym moim pozowaniem ostatnio jest, a w zasadzie czemu ostatnio go niemal nie ma. Czynniki wewnętrzne (brzuszek urósł i się zrzuca okropnie powoli) i zewnętrzne (paskudna, odbierająca mi wszelką inwencję listopadowa, błotnista pogoda od października do końca marca) to jedno. Drugim powodem jest fakt, że większość propozycji, jakie dostaję, brzmi mniej więcej: "Elo, mam świetny pomysł, weźmiesz którąś ze swoich sukien i pójdziemy do parku/na łąkę".
Nie, to nie jest świetny pomysł.
To znaczy - może jest, jeśli modelka pozuje trzy miesiące i dotąd zawsze miała sesje w dżinsach.
Tudzież jesteś mistrzem klimatu i obróbki w fotoszopie (mistrzowie klimatu, piszcie do mnie, fajna jestem, sukienki też mam fajne i w ogóle, tylko siem wstydzem :( ).
Może jestem już po prostu stara i zgryźliwa, ale gdzieś w okolicach Sylwestra powzięłam postanowienie przypadkiem noworoczne - jakość, nie ilość. Jedna wypasiona, przemyślana sesja w miesiącu, nie trzy na tydzień w Skaryszaku (mimo, że lubię Skaryszak). Nawet jeśli Cię znam i lubię, na sesję bez pomysłu prawdopodobnie nie pójdę, bo zwyczajnie narobiłam ich już w swoim życiu zbyt dużo i... no, trochę mi się nie chce. Czasami mnie nachodzi na spontany, ale coraz rzadziej. Jeśli Cię nie znam (lub nie lubię :D ) a nie masz pomysłu lub chcesz poćwiczyć temat sesji baśniowych - zawsze możesz zapytać o cenę, dużo nie biorę, a plny stanowią bardzo magiczny środek na wzrost chęci do sesji, bo mam na bułkę.
Plany na najbliższą przyszłość z Moniką
Jeśli chcesz mnie focić - pisz śmiało, nie gryzę i chętnie popracuję z kimś "nowym", ale zaproponuj jakąś ideę, koncepcję, pokaż inspiracje, wykaż się. Dla przykładu, moje pomysły na sesje wyglądają ostatnio tak jak na załączonym obok obrazku. Fabuła, postać, sens, klimat, jaki chcę osiągnąć. Dopracowana stylizacja do najmniejszego szczegółu i lista rekwizytów z podziałem na "Posiadane" i "Do zdobycia". Zdarzało się, że na sesje przywoziłam stos storyboardów, scenariusz i dwa wory rekwizytów. Tyle, że takie pomysły realizuję najczęściej z osobami sprawdzonymi, które dobrze znam i z którymi nieraz już pracowałam.
Lub z mistrzami klimatu.
Nie oznacza to też, że jestem tyranem i dominuję całość sesji, a biedny, skulony fotograf tylko naciska guziczek poganiany świstem mojego bata nad głową. Tabelki czy scenariusze zawsze tworzę we współpracy z fotografem/współmodelem i jestem też bardzo otwarta na wizje i pomysły fotografów - tylko muszą jakieś mieć.
W sumie to wiosna jest porą roku, na którą nie mam zbyt wielu pomysłów, tak jasno, wesoło i niemrocznie, no jak to tak... ale też jednocześnie mam dużo chęci i energii, więc tym bardziej jestem otwarta na cudze koncepcje :D.
Także tego, kontakt do mnie jest po lewej stronie, miła jestem bardzo niczym żelki Haribo, a te wszystkie zrzędliwe rzeczy to nie ja pisałam, tylko moja evil twin!

środa, 27 stycznia 2016

FAQ niepoważne, czyli wchodzisz na własną odpowiedzialność

Niezbędna inwestycja nr 1
Dokonałam niezbędnych inwestycji, wkrótce więc nie dość, że pojawią się pewnie ze trzy edycje #nowewszafie, to jeszcze wreszcie, po latach, pojawi się zapewne coś na kształt katalogu z obszerną większością moich zbiorów. Tylko przede mną pewnie z tydzień focecnia minimum, także tymczasem coś na kształt F.A.Q. (swoją drogą zacny projekt, szkoda, że słuch po nim zaginął, polecam: Śpiewają o absyntach i Kubie Rozpruwaczu ) czyli najczęściej zadawane pytania odnośnie mej ukochanej garderoby plus kącik szczerej odpowiedzi, zawierającej ostre sformułowania, sarkzm, ironię i przykłady z życia wzięte - dalej czytasz na własną odpowiedzialność :P.
Krótki i rzeczowy poradniczek po współpracy pojawi się o tutaj [...] :)
Zaczynamy z grubej rury, czyli jak nie zaczynać wiadomości (zapewne nie tylko do mnie).

czwartek, 31 grudnia 2015

Kolorowy wsysacz stresów wszelakich - part 1

Nie, blożek nie umarł, jako i ja nie umarłam (jeszcze) i nie emigrowałam robić incognito kariery w Holyłód (jeszcze). Ku mojej ogromnej rozpaczy nie emigrowałam też na Biegun w celu prowadzenia pustelniczego życia hodowcy reniferów.
Po prostu się popsułam i spędziłam ostatni kwartał tego roku na próbach naprawiania się. Na szpitalnym żarciu utyłam niczym prosiątko, a czy naprawiłam się skutecznie - się okaże. Póki co wypis dostaję równiutko w Sylwestra, więc, niestety, zeszłoroczne ambitne plany pod tytułem "Za rok Londyn choćbym miała paść" (choć i tak 50% spontanicznych postanowień sylwestrowych sprzed roku wykonane, więc nie ma źle), zastąpione zostały warszawską domówką, ale się nie poddaję, a tymczasem sprawdzam czy w ogóle jeszcze umiem poskładać parę literek do kupy  (ucięło mi od dowcipu, wiem, sypię popiół na łeb i obiecuję poprawę!).

piątek, 14 sierpnia 2015

O "tfp" słów kilka. Tak, ja też.

Wokół sławetnego "te ef pe" narasta ostatnio taka ilość stężonego absurdu, i to atakującego z obu stron barykady, że nie wytrzymię i też wyrażę swą szlachetną opinię w temacie. Bo im więcej ogłoszeń na fejsiuniu widzę, im więcej wiadomości dostaję i im więcej rozmawiam ze znajomymi, tym niżej mi tzytzki opadają i tym bardziej trafia mnie szlag. W każdym wypadku z nieco innego powodu, ale każdy sprowadza się do jednego - ludzie nie mają pojęcia co to jest tfp tudzież używają tego zwrotu do cyckania innych ludzi na potęgę.
Inna kwestia, że ludzie się cyckać często dają.
Sama idea tfp wydawałaby się prosta jak budowa cepa. Ale że nie od dziś wiadomo, że "Idiokracja" to nie komedia, tylko bardzo trafna obserwacja, coraz większa część ludzkości totalnie tej oczywistości nie kuma (albo, co gorsza, kuma i z premedytacją wykorzystuje głupotę innych. Fe, nieładnie). Otóż, tfp mamy wtedy, gdy dwie osoby (lub wiency) reprezentujące podobny poziom i mające równy wkład w sesję, umawiają się na foteczki, które obu stronom (lub wiency) przyniosą podobne, raczej niefinansowe korzyści. Czyli rozbudowujemy sobie portfolio, zbieramy lajki na fejsiuniu tudzież lubciamy podobną estetykę, mamy zayebisty koncept i robimy zdjęcia for fun. Proste, prawda? Fotograf wnosi swoje umiejętności cykania fotek i sprzęt, modelka wnosi swoje umiejętności wyginania się i robienia min, swój wygląd (w teorii zadbany i ładny) i zwykle kawałek swojej szafy.

środa, 5 sierpnia 2015

No valid is broken - Castle Party 2015 vol. 2

Na fali dorocznych, tradycyjnych pocastlowych gównoburz "fani muzyki" vs. "lansiarze", zainspirowana typowym morzem narzekań na wrażenia odzieżowe, postanowiłam yebnąć post odzieżowy.
Nie no, dobra, żartuję, i tak miałam go yebnąć. Ale poczułam się zmotywowana.
Swoją drogą tradycja owa jest dla mnie tyleż zabawna, co i niepojęta. Rok  rok pojawia się ten sam temat, odkąd pamiętam historią lansiarstwa mego (a i w sumie przed, albowiem exexex wyrwany podczas pierwszego mojego Castla uważał, że jedyną słuszną formą zabawy na zamku jest stanie na dziedzińcu w spranym polarze/tiszercie, z założonymi rękami i marsową miną, w absolutnym bezruchu. Wszelkie elementy tańca i nieworkowatej odzieży godne są głębokiej ghothytziej pogardy. Ah, młodości, nie wracaj jednak przypadkiem). "Pozerzy", "lansiarze", "przebierańcy", "przyjeżdżają tylko polować na paparazzi" i kilometrowe elaboraty o tym, jak to oni gardzą i jak to oni nie rosumią i w ogóle na psy schodzi, panie, cała ta subkultura, # scenaumiera i chodźmy na basen. Nie ogarniam mym małym rozumkiem co komu przeszkadza i co kogo obchodzi, co inni robią na festiwalu... nawet jeśli faktycznie jest grupa osób przyjeżdżających li i tylko na lans - na wszelkich bogów i różowego jednorożca też - co komu do tego?
Tak czy siak, dało się odnotować dwie prawidłowości potwierdzone kilkoma latami wnikliwych apolonowych obserwacji.
1) Hejt jest totalnie jednostronny. Jak żyję nie widziałam, żeby zwyubierańcy pisali posty w stylu "O masakra, ten koleś w tych dżinsach wygląda jak obwieś", "a ci to tylko by na polu siedzieli i chlali" czy cokolwiek.
2) Wszelki "dialog" zwykle kończy się wraz z chwilą, kiedy to pojawia się temat okołokoncertowy, i jedyne, co potrafią powiedzieć to "Paradise Lost!" (tudzież odpowiednik haedlinerowy z lat minionych) i okazuje się, że kiedy to lansiarscy lansiarze bujali się pod sceną, okazjonalnie robiąc sobie przerwę na fotki, "fani muzyki" do 20 pluskali się w basenie, bo znajomi, piwerko, upał, niechcesię, "alesięwczorajnayebałemhehe". I żeby nie było, że piję do mieszkańców pola namiotowego jako takich, bo, jak mniemam, jest to jednak hałaśliwa mniejszość (as always). Zresztą, nawet jeśli ktoś się pluska do 20 i wyłania się tylko na headlinera... wisi mi to. W zasadzie, póki nie sika mi się na głowę (w przeciągu 12 lat niestety dwa incydenty bolkowskie z moczem w roli głównej :( ), nie łapie za cycka i nie próbuje obić mordy - jest mi doskonale obojętne w jakim konkretnie celu i odzieniu kto przybył.
Tylko bardzobardzo usiłuję rozgryźć, czemu innych tak bardzo interesuje (boli?) mój cel i przyodziewek :P.
Ale, ad rem, bo się Apolon rozpisał dygresją.

niedziela, 31 maja 2015

Zen - tu nie bywam

Zgodnie z przewidywaniami, po widowiskowej górce nastąpił (niewidowiskowy, niestety) dołek. Całokształt niechaj zobrazuje ten oto obrazek.
Tym razem po lewej stronie skali.
Źródeł - miszcz
Niechaj za całość dzisiejszej mej mądrości odpowie fakt, że największym osiągnięciem minionego tygodnia było odkrycie, że nadal, mimo starczego sadła, jestem w stanie wykonać akrobację pt "mostek z siadu płaskiego na dupie" i następnego dnia się poruszać.
I mnie nic nie boli.
Wow tak bardzo.
Osiągnięciem drugim jest uknucie terminu "kluske fatale", gdyż albowiem im bardziej jestem