Pokazywanie postów oznaczonych etykietą decoupage. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą decoupage. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 21 maja 2015

Od wonnych bzów, szalonych bzów... aż dostałam kataru.

Wszyscy kochają bzy, tak samo jak wszyscy kochają brytyjski akcent i żelki (jeśli nie kochasz, znaczy, że z pewnością jesteś podstawionym reptilianinem i lepiej się nie przyznawaj).
Też je kocham, maniakalnie wręcz, w związku z czym znów wymknęłam się na parę dni do domciu, siedzieć pod drzewem i ćpać wonie.
Bzy są dobre. Nie dość, że pachną nieziemsko, aż fala zapachu podczas wychodzenia na ogród za każdym razem niemalże zwalała z nóg i szło się kwieciem ujarać, to jeszcze dobrze się kojarzą.
(tak wygląda bez. Mam takich zdjęć mniej więcej milion. Znów w tym roku zostawiłam bzową sesję na ostatnią chwilę, a polcine prywatne prawo Murphy'ego mówi, że zawsze, jak się coś zostawi na ostatnią chwilę "żeby akurat w sam raz zdążyć" coś musi yebnąć)

środa, 6 maja 2015

Warsaw, sweet Warsaw

I tak oto przemieściłam się z powrotem do Warszawy, która to powitała mnie ciepłym wiosennym deszczem. Magnolie, czereśnie i popierdujące koty zaś zamieniłam na widoki praskich kamieniczek. Lubię tą moją burą Pragę z całą jej egzotyką i własnym ekosystemem mieszanki żulików z ahtystami.
(widoczek z mojego okna w Mansardzie w wypaśnej kamienicy, prosto na ul. Tagrową - tzw "lumpeksowo wielkie")

Na ścianie, dokładnie naprzeciwko mojego centrum dowodzenia wszechświatem, wiszą motywacyjne

poniedziałek, 4 maja 2015

Ogródkowo dekupażowo

Majówka - checked. Nawet grill był, bo jak wiemy, majówka bez grilla się nie liczy. Szczerze mówiąc, nie lubię takich przedłużanych weekendów, majowego zwłaszcza. Nagle cały kraj, naraz i solidarnie, dyszy żądzą urlopu, odpoczynku na łonie i wyjechania z miejsca zamieszkania celem przemieszczenia się gdziekolwiek. W domach zostają tylko frajerzy i looserzy! - więc cały kraj i przyległości wypełniają się hurtowymi ilościami niedzielnych turystów, a fejsbukowe tablice - galeriami zdjęć pod tytułem "zazdrośćcie mi, ruszyłem zad z domu!".
Żeby nie było, nie jestem frajerem i looserem, też się przemieściłam. Zaszyć się w czeluściach rodzinnej wioski. No i zrobić grilla, oczywiście. No ale nieważne, było minęło, ludzie powrócili do domostw i obowiązków, a ja dalej się zaszywam.
Dziś będzie więc tak bardziej codziennie i relacjonująco. "Drogi pamiętniczku, tak minął mi mój dzień..."
 Dzień zaczął się od walki. Leń na lewym ramieniu rzekł takoż: "Obczaj to słonko, słonko, idź po leżak i nie rusz się spod czereśni do wieczora, korzystaj póki się da". Pracuś na ramieniu prawym zaś dźgnął mnie w wyrzut na sumieniu i kazał się zająć czymś produktywniejszym niż obrastanie tłuszczem i rozwiązywanie sudoku (btw nauczyłam się rozwiązywać sudoku. Czyż nie jest to wystarczający sukces?). Nim ta wyimaginowana dwójka zabrała się do walki na gołe klaty w kisielu, postawiłam na kompromis, i urządziłam sobie pod tą czereśnią dekupażową minipracownię.
(tak, tu właśnie udokumentowano tę ciężką walkę)