Pokazywanie postów oznaczonych etykietą leniwa buła. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą leniwa buła. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 2 maja 2016

To już rok?

Fejsbuk mnie właśnie poinformował uczynnie, że blogasia założyłam... równo rok temu. Podobno w blogerskim świecie to okazja do świętowania, rozdawajek, przemyśleń i planów na przyszłość. I o ile moja pisanina ma tyleż zwolenników, co i przeciwników ("nie marudzę na twoje neologizmy i czytam twardo co skrobiesz na blogu" czy "tego się czytać nie da, mój grammar nazi radar wybucha", pozdro), tak "prowadzenia bloga" jako takiego nadal totalnie nie ogarniam. Najpierw wydawało mi się, że po prostu jak się pisze fajne rzeczy, to luzie zaczynają to czytać, a potem już prosta droga - sława, bogactwo etc. Później odkryłam, że w sumie nieważne, co się pisze, bo jest cała rzesza osób, które włażą nawzajem do siebie na blogasie i piszą "Zgadzam się w 100%, zapraszam do siebie!" i komciowo-wyświetleniowy interes się kręci. No, a jeszcze później odkryłam, że mi to wszystko... wisi :).
Piszę nieregularnie, kiedy mnie kapryśna Pani Wena odwiedzi, pełno wpisów mam pozaczynanych (większości pewnie nigdy nie skończę, bo się zdezaktualizowały), ciągle mówię sobie, że wypadałoby pisać więcej - i ciągle mi to nie wychodzi, więc nawet nie podejmuję "urodzinowych" postanowień ;). "Bazy czytelników" też nie buduję i nie liczę pracowicie wyświetleń, acz oczywiście miło jest mi bardzo, jeśli moje wypociny są czytane, w jakiś sposób trafiają do ludzi, jeśli zgadzają się ze mną lub się nie zgadzają (częściej zgadzają, nie wiem czemu).

Więc z okazji tego roczku uroczyście oświadczam, że... nic się nie zmieni!
Instaelbe
Faceelbe

Artystyczna wersja tortu urodzinowego.
Long story.
Produkt nie zawiera alkohulu.
(serio)

czwartek, 31 grudnia 2015

Kolorowy wsysacz stresów wszelakich - part 1

Nie, blożek nie umarł, jako i ja nie umarłam (jeszcze) i nie emigrowałam robić incognito kariery w Holyłód (jeszcze). Ku mojej ogromnej rozpaczy nie emigrowałam też na Biegun w celu prowadzenia pustelniczego życia hodowcy reniferów.
Po prostu się popsułam i spędziłam ostatni kwartał tego roku na próbach naprawiania się. Na szpitalnym żarciu utyłam niczym prosiątko, a czy naprawiłam się skutecznie - się okaże. Póki co wypis dostaję równiutko w Sylwestra, więc, niestety, zeszłoroczne ambitne plany pod tytułem "Za rok Londyn choćbym miała paść" (choć i tak 50% spontanicznych postanowień sylwestrowych sprzed roku wykonane, więc nie ma źle), zastąpione zostały warszawską domówką, ale się nie poddaję, a tymczasem sprawdzam czy w ogóle jeszcze umiem poskładać parę literek do kupy  (ucięło mi od dowcipu, wiem, sypię popiół na łeb i obiecuję poprawę!).

niedziela, 31 maja 2015

Zen - tu nie bywam

Zgodnie z przewidywaniami, po widowiskowej górce nastąpił (niewidowiskowy, niestety) dołek. Całokształt niechaj zobrazuje ten oto obrazek.
Tym razem po lewej stronie skali.
Źródeł - miszcz
Niechaj za całość dzisiejszej mej mądrości odpowie fakt, że największym osiągnięciem minionego tygodnia było odkrycie, że nadal, mimo starczego sadła, jestem w stanie wykonać akrobację pt "mostek z siadu płaskiego na dupie" i następnego dnia się poruszać.
I mnie nic nie boli.
Wow tak bardzo.
Osiągnięciem drugim jest uknucie terminu "kluske fatale", gdyż albowiem im bardziej jestem

środa, 13 maja 2015

A burrito burrito burrito

Miałam opisać epicko, poetycko i dramatycznie miniony mój weekend, gdyż zaiste w historii mojej prywatnej... no cóż, przejdzie do historii.
Ale nie opiszę.
Fotka dokumentująca
W każdym razie, jest środa, a ja nadal jestem pełna energii do życia, inspiracji, i chęci do działania. I dobrze bardzo, niech tak zostanie, bo z takim kopem energetycznym to wkrótce wjadę na Mount Everest na wrotkach.
Albo coś tęgo yebnie i spadnę z tych wysokich wyżyn na twarz. Co, bez wątpienia, również będzie widowiskowe.

środa, 6 maja 2015

Warsaw, sweet Warsaw

I tak oto przemieściłam się z powrotem do Warszawy, która to powitała mnie ciepłym wiosennym deszczem. Magnolie, czereśnie i popierdujące koty zaś zamieniłam na widoki praskich kamieniczek. Lubię tą moją burą Pragę z całą jej egzotyką i własnym ekosystemem mieszanki żulików z ahtystami.
(widoczek z mojego okna w Mansardzie w wypaśnej kamienicy, prosto na ul. Tagrową - tzw "lumpeksowo wielkie")

Na ścianie, dokładnie naprzeciwko mojego centrum dowodzenia wszechświatem, wiszą motywacyjne

poniedziałek, 4 maja 2015

Ogródkowo dekupażowo

Majówka - checked. Nawet grill był, bo jak wiemy, majówka bez grilla się nie liczy. Szczerze mówiąc, nie lubię takich przedłużanych weekendów, majowego zwłaszcza. Nagle cały kraj, naraz i solidarnie, dyszy żądzą urlopu, odpoczynku na łonie i wyjechania z miejsca zamieszkania celem przemieszczenia się gdziekolwiek. W domach zostają tylko frajerzy i looserzy! - więc cały kraj i przyległości wypełniają się hurtowymi ilościami niedzielnych turystów, a fejsbukowe tablice - galeriami zdjęć pod tytułem "zazdrośćcie mi, ruszyłem zad z domu!".
Żeby nie było, nie jestem frajerem i looserem, też się przemieściłam. Zaszyć się w czeluściach rodzinnej wioski. No i zrobić grilla, oczywiście. No ale nieważne, było minęło, ludzie powrócili do domostw i obowiązków, a ja dalej się zaszywam.
Dziś będzie więc tak bardziej codziennie i relacjonująco. "Drogi pamiętniczku, tak minął mi mój dzień..."
 Dzień zaczął się od walki. Leń na lewym ramieniu rzekł takoż: "Obczaj to słonko, słonko, idź po leżak i nie rusz się spod czereśni do wieczora, korzystaj póki się da". Pracuś na ramieniu prawym zaś dźgnął mnie w wyrzut na sumieniu i kazał się zająć czymś produktywniejszym niż obrastanie tłuszczem i rozwiązywanie sudoku (btw nauczyłam się rozwiązywać sudoku. Czyż nie jest to wystarczający sukces?). Nim ta wyimaginowana dwójka zabrała się do walki na gołe klaty w kisielu, postawiłam na kompromis, i urządziłam sobie pod tą czereśnią dekupażową minipracownię.
(tak, tu właśnie udokumentowano tę ciężką walkę)